To je rally... - 24 Rajd Karkonoski
2009-07-13 00:36:06
Jak zawsze przed rajdem młyn. Wprawdzie od Łużyckich Hor w Czechach, gdzie wybuchł nam silnik i Elmotu jechanego z Wojtkiem Skibą przy pomocy seryjnego 20letniego silnika (a właściwie słabnika) minęło ze dwa miesiące, ale w międzyczasie, z powodu braku wolnego czasu wraz z Agą i moją mamą zrobiliśmy w Ziębicach rundę PPAiK, z próbami między innymi na rynku i z 1kilometrowym oesem.

Jako, że zamknięcie drogi publicznej łatwe nie jest, to trochę czasu z organizacją zleciało i tak oto na dwa tygodnie przed Karkonoskim zaczęliśmy składać od nowa motorek. Tym razem udało mi się kupić nowe, znacznie łagodniejsze wałki. Na poprzednich wprawdzie wyciągnęliśmy z 1300 ccm 123 KM bez przesuwania odcięcia i bez regulowanych kółek rozrządu, z potencjałem nawet na ponad 130 KM, ale co z tego skoro wytrzymało to prawie 6 oesów i było po ptakach, bo urwał się zawór dolotowy (silnik mimo urwanego zaworu dokręcił się nawet na 4ce :). Teraz wałki są o wiele łagodniejsze i pracujące ze standardowymi sprężynami.
Jak opisywał już Wojtek, na przedostatnim oesie Świdnickiego napadł na nas krawężnik na patelniach, potem prostowaliśmy zawias o słup, no, a w garażu okazało się, że trzeba znów pospawać budę przy mocowaniu tego nieszczęsnego wahacza. W poniedziałek o 18tej wszystko było ok, łącznie z wyspawaniem mocowań tylnych wahaczy pomocniczych co regulują zbieżność w tylnym zawiasie (bo na świdnickim poprawialiśmy sobie zbieżność na dojazdówce, po tym jak się okazało, że nawet do przodu jedziemy bokiem). No to jeszcze zbieżność i docieranie motoru... i dupa, bo nie ma gdzie zbieżności ustawić, bo w znajomym warsztacie mechanicy rozpaprali jakieś audi czy coś tam innego na podnośniku do zbieżności, a reszta już pozamykana. Telefon do kumpla od strojenia, że nie będę o 9 rano, bo najszybciej to dopiero wtedy zrobię zbieżność. Wreszcie we wtorek koło południa zbieżność i koło 14 tej udało mi się wyjechać na hamownię. W tym momencie silnik miał przebieg 3 km. Wieczorem na hamowni było 300 km i udało się wyciągnąć 110 KM przy 7000 obr/min. Co ciekawe, od 4 tys silnik ma 10-12Nm więcej niż ten 123 konny. Szkoda tylko, że tamten ciągnął do 7500, a ten po 7000 spada mocno w dół. Ale ogólnie całkiem ok.
Powrót do domu tuż przed 3cią w nocy, od 6 w firmie. Wieczorem jeszcze 2h jeżdżenia. Potem przygotowaliśmy wszystko dla serwisu, znów 4h snu i na zapoznanie. W międzyczasie jakoś udało mi się oglądnąć onboardy na stronie rajdu i wydawało mi się, że jakoś tak szybko i nudno będzie.
Pierwszy kontakt z imprezą w Karpaczu na odbiorze materiałów do zapoznania. Dziewczyny z biurze super miłe, pomocne, Andrzej Szkuta jak zawsze uśmiechnięty, Marek Kisiel podchodzi, wita się, chwila rozmowy, śmiejemy się, po prostu atmosfera rewelacja - ja chcę tak na każdym rajdzie. Bierzemy dokumenty, patrzymy na mapę i wymyślamy, że jedziemy najpierw na os2, bo jest dalej i będziemy go robić najpierw 3 razy, a potem zrobimy sobie trzy pętelki os1 i os3. Tylko trochę błądząc trafiamy na os2. Początek dzida, ale taka fajna i wąska (a na onboardach ze strony wyglądało to bardzo szeroko). Potem z każdym kilometrem coraz ciekawiej. Ogólnie bardzo wąsko, technicznie, dużo podbić, sprytnych przejść przez mostki, mało prostych, a bardzo dużo przechodzących zakrętów itp. Na słynnym nawrocie w Czernicy wieszamy zetora na podwoziu. Chłopaki z wioski są w pogotowiu i nas wypychają. Potem hopa, trochę szybsza partia, las no i wreszcie meta. Patrzymy na zegarek, a tu minęła 1 godzina na 15 km oesu! Ale jesteśmy pod wrażeniem trasy, to znaczy ja jestem pod wrażeniem trasy, a Aga ilości stron zapisanych w zeszycie, bo jako osoba z prawej to poza kartkami i ołówkiem niewiele widzi. Lecimy drugi przejazd. Niespodziewanie dużo poprawek, wiele odcinków opisanych wcześniej 30 czy 50 zmienia się w "do". Trzeci przejazd byłby prawie bez poprawek... niedaleko za hopą w Czernicy zatrzymuje nas jakaś inna załoga i mówi, że miejscowy żul zakomunikował, że nie jesteśmy na trasie, po chwili zrobiło się niezłe zamieszanie, bo jakieś 10-12 załóg jeździ w tą i z powrotem. Wreszcie znajdujemy przestrzelone skrzyżowanie z prawym z drogi. Całkiem dobrze schowane było skoro, jak się okazało ponad połowa załóg pomyliła się tam w pierwszym przejeździe, część, też w drugim, a byli tacy co i w trzecim. My opisujemy ten kawałek tylko raz i do mety. Cholera, do końca zapoznania zostało 2,5 h, a my tylko jeden oes mamy i do tego jesteśmy po drugiej stronie Jeleniej. No to trzeba przycisnąć. Kawałek dalej suszarka, lizak i na bok. Policjant zaczyna z uśmiechem, ale poważnie, mnie w międzyczasie oświeca, że owszem ostro ruszałem ze skrzyżowania, ale nawet jedynki nie dokręciłem, więc nie mógł mnie trafić. Po chwili i policjant stwierdza, że tym razem nie zdążyłem, żeby nie szaleć itp i lecimy dalej... ufff...
Os 3 to dopiero coś! Cud miód, odpad szczeny. Tu to jest dopiero ciekawie. Całkiem szybko robimy go dwa razy, za drugim razem już niewiele poprawek, więc lecimy na os1. Tutaj jakoś tak szeroko i baaaardzo pod górę z wyjątkiem końcówki. Robimy dwa przejazdy, a że zakrętów o wiele mniej to o 19:15 jesteśmy po zapoznaniu. Jeden oes przejechany 3 razy i dwa po 2 razy - musi starczyć. Inna rzecz, że jesteśmy dość pewni opisu. No to znajdujemy nocleg, jeszcze telefon do Kaktusa, o której mają być rano z rajdówką, chcemy jeszcze zrobić jakieś zakupy i coś zjeść, na chwilę się kładziemy, żeby odpocząć... i budzimy się 11 godzin później :).

Wreszcie wyspani, przez telefon kierujemy chłopaków z serwisu do Jagniątkowa, co nie jest takie proste, bo co chwilę Kaktus dzwoni z innej strony wioski, ale przynajmniej pozwiedzali okolicę ;). My lecimy na OA. Po drodze spotykamy wreszcie nasz świetnie zorientowany przestrzennie serwis. Mówimy, gdzie mają skręcić za 3 km i lecimy do biura. Za chwilę dzwoni Kaktus... są o 6 km za daleko. Mówimy, żeby wrócili te 6 km, stanęli przy kościele i się nie ruszali! :).
Odbiór inaczej niż to na innych polskich rajdach bywa. Nie ma konkretnej godziny, tylko kilka załóg ma pół godziny na zrobienie odbioru. Dzięki temu jest szybko, bezproblemowo i przyjemnie. Coraz bardziej nam się podoba. Wracamy do spania. W międzyczasie chłopaki znaleźli wreszcie nasze spanie. Jarek Góral (pamięta ktoś film "Ballada o Januszku"), który wraz z żoną prowadzi te noclegi wciąga swoim subaru naszą lawetę, bo busik Kaktusa to sam ledwie wjeżdża na górę. Jedziemy na BK1, które było nadspodziewanie dokładne, ale prócz gaśnicy, której kontrolka minęła 10 dni temu wszystko jest ok. We dwóch z Kaktusem wracamy rajdówką i bierzemy się za wymianę skrzyni (na docieranie założona była seryjna), a Aga z Januszem i Mackiem jadą na zakupy i po paliwo, a przede wszystkim załatwić gaśnicę. Wracają na tyle późno, że musimy zrobić sobie oes przez miasto, żeby zdążyć na zapoznanie z oesem Zabobrze, które odbywa się w kolumnie za samochodem organizatora i po drogach zamkniętych przez policję.
Doganiamy kolumnę z zapoznania na zjeździe po ślimaku w dół, więc nie jest źle. Opis trwa 15 minut i wracamy kończyć auto. W międzyczasie chłopaki wrzucili skrzynię do końca, składamy całość do końca, montujemy zbiornik na odmę, jeszcze wymiana oleju po docieraniu i mamy gotową rajdówke. Wieczorem ceremonia startu, powrót do Jagniątkowa, dwa piwka i spać.

Rano na serwis jedziemy rajdówką, żeby przypomnieć sobie jak to jeździ. Jeszcze raz przegląd auta. Sprawdzenie pogody, zakładamy dość zużyte toyo, do bagażnika dwie nówki toyo docięte na deszcz i jedziemy. Tu pierwszy i ostatni zgrzyt organizacyjny. Dojazdówka jest dość ciasno ułożona, po drodze ruch wahadłowy i ciężarówka, która na środku wywala piasek. Potem przeładowany o jakieś 200% iveco ciągnący się przez ponad 5 km z tempie 30 km/h no i na PKC wpadamy 5 sekund przed czasem. Aga podaje kartę, sędzia potwierdza, że w czasie, Aga leci do bagażnika po kaski, ja podjeżdżam na start, zapinamy się, balaklawy, 30 sekund, kaski, 15 sekund, woda na rękawiczki, 5 sekund, Aga klnie, że za szybko wszystko, ja siedzę cicho, bo wiem, że dzięki temu mogę w złości pojechać w miarę szybko od razu, a nie rozkręcić się dopiero na koniec rajdu. 4,3,2,1 jedziemy. Aga szuka oesu w notatkach, ja pamiętam pierwsze 200-300 metrów więc jest ok. Całkiem sprawnie nam się jedzie, hopę na spadaniu gasimy ile się da, więc za daleko nie lecimy, na podjeździe przez Karpacz górny stoi już kilku nieszczęśliwców z OKejkami, nawrocik za wysepką robimy zespołowo - ja kręcę kierownicą, Aga ciągnie łapę i mimo braku treningu całkiem ok wychodzi. Spowalniacz przez kostkę czujnie, bo jak wiadomo krawężniki na kostce są drapieżne i rzucają się na rajdówki. No i spadanie, którego tak jak większości oesów na rajdzie nie pamiętam - chyba się dość mocno koncentrowałem na jeździe. Wreszcie meta, wiem, że było dość szybko. W wynikach patrzymy tylko na jadącego przed nami Klimiuka. My 8:30,04 on 9:31,6 - coś mi nie pasuje. Do tego dopiero teraz widzimy, że na PKCu wpisali nam jednak minute spóźnienia!!! Kufa! Będziemy to wyjaśniać potem. Teraz na szybko wrażenia. Wydaje nam się, że było jednak całkiem w porządku. Jedziemy dalej. Przed os2, Boguś i Marek mówią, że mieli tylko jeden mały błąd, a poza tym było ok. Wiemy, że jest coś nie halo z wynikami i albo my mamy minute za mało, albo oni za dużo. Dojeżdża Grzesiek Pendyk - dostał 20 sekund. 4 auta z naszej klasy nie widzimy - czyżby chłopaki w debiucie skończyli już na 1 oesie? Dla nas zaczyna się nieźle. OS2 - początek trochę za spokojnie, ale zaraz zaczyna się bardziej kręta partia to i ja się rozkręcam. Dochodzimy do krzyżówki z Popór5, przez która zaraz będziemy lecieć w drugą stronę. Za rzeczką widzę dojeżdżającą do hopy beemke, która jedzie 2 auta przed nami. Nawrót robimy znanym już sposobem i o dziwo nasz swift o zwrotności tira mieści się na 1 raz :). Gugu ciągnie łapę jak nikt inny ;). Potem wąziutka dróżka wzdłuż strumyka, na leciutkim L1 nie ciąć, tył odbija się w lewo, w prawo, trzymam gaz, tył wraca do nas i lecimy na hope przez krzyżówkę, trochę ją gaszę celujemy w lądowanie tuż przy budce telefonicznej po lewej, dzięki temu mimo, że lądujemy obok drogi, ale na prostym poboczu, a co najważniejsze na prostych kołach i bez najmniejszego problemu dzida dalej.
Hamowanie i jedziemy partię tylko raz przejeżdżaną na zapoznaniu. Na początku Aga gubi się w opisie, ale po kilku zakrętach się znajdujemy i o dziwo wszystko pasuje idealnie. Przez mostek na końcu "zagubionej" partii oesu spokojnie i kawałek dalej zaczynamy dochodzić beemke. Wpadamy do lasu, Aga na mnie krzyczy, że zaczynam przesadzać, a mi się dopiero zaczyna podobać. Dochodzimy beemke w miejscu, które pamiętam, że jest dość trudne. Do tego chłopaki zjeżdżają na prawo i psują mi tor, więc przez szczyt idziemy lewą, trochę szybsze hamowanie, przytrzymanie lewą i po strachu. Za chwilę po prawej stoi Adrian Wronkowski - cholera to jego debiut - potem się dowiedzieliśmy, że przy 8 tys. obr. wyrwało im podkładkę do czujników pod filtrem oleju, razem z filtrem - silnik nadaje się na pamiątkę lub złom. Trochę nas to dekoncentruje, ja gubię rytm, a Aga opis. Za chwilę ja się znajduję, Aga też, ostatnia podchwytliwa partia na spadaniu i meta. Było dobrze - wiemy to! Na mecie stop patrzymy na czasy: Klimiuk 14 sekund z tyłu, Pendyk 10 - jest dobrze!
Jedziemy na trzeci oes. Po drodze myślę, żeby nie cieszyć się za szybko. Najpierw trzeba dojechać do mety. OS3. Początek szybko, ale z rezerwą, hopę gaszę tak, że się nie odrywamy na 1 cm. Potem zaczyna się dużo syfu i zaczynam się rozkręcać. Jest nieźle, dyktowanie jak trzeba, kierowca też nadąża. W okolicy 10 km jest wąziutki podjazd z dużą ilością cięć, mostków, wyrw itp. Aga gubi się na początku tej parti i jakieś 1,5-2 km jedziemy na gały, bo nie sposób się znaleźć w opisie - teraz, już po rajdzie to z tej partii mielibyśmy opis z ilością zakrętów zmniejszoną o 60%. Na końcu jakiś opór, znajdujemy się z opisem i do mety jest ok, poza jakimś małym ratowaniem na innym oporze (kto ma wspomaganie do swifta?! - nie jestem w stanie utrzymać kierownicy przy tak mocnej szperze i do tego pociągnąć rękaw, żeby się ratować). Meta - Klimiuk przed nami o 2 sekundy, Pendyk dokładnie ten sam czas.
Jedziemy na serwis - zmieniamy klocki z przodu, zmiękczamy minimalnie tył, żeby się nie odbijał na tym podbiciu po nawrocie w Czernicy, opony zostają, oleju nie ubywa, tankowanie i lecimy na 2 pętlę. Tym razem tylko 2 oesy. Na os4 początek już o wiele szybciej, później też jest ok. W niektórych miejscach sam się dziwie, że tak szybko się da :), gdzie indziej tył za mocno tańczy - tarcze dostały dość mocno w dupę na pierwszej pętli i klocki z przodu jeszcze się nie ułożyły do nich. Dopiero po oesie myślę, że przecież wystarczyło przestawić korektor o 1 ząbek. Wpadamy na P opór5 na krzyżówce w Czernicy i mijamy się z Klimiukiem jadącym do hopy - wiem, że jesteśmy o wiele szybsi od niego. Dojeżdżamy do nawrotu - tym razem się nie udaje - musimy cofać. Na L1 z podbiciem tym razem przestawia całe auto, a nie tylko tył. Hopa trochę mniej zduszona, lądowanie przy budce. Potem P2 50 H! i P3- z drogi. Tym razem pilnuję Agi i sam mówię kiedy szybciej, kiedy wolniej z opisem. Cała partia opisana nie gorzej niż cała reszta oesu mimo, że opisywaliśmy to 1 raz - cieszymy się bardzo. Końcówka w lesie, na chwilę gdzieś ucieka koncentracja, ale zaraz się sprowadzam na ziemię, jeszcze kilka zakrętów i meta. Pendyk dostał 5 s, Klimiuk 27! Mimo cofania poprawiliśmy się ponad 10 sekund. Dobrze, dobrze - ale nie chcemy się cieszyć za szybko, wiemy, że trzeba do samego końca cisnąć i nie popełniać błędów. Zresztą jedziemy też w Lausitzcup, a nie mamy pojęcia o czasach gości co jadą tylko w LC, więc trzeba cisnąć.
Os5. Początek szybciej, potem też jest godnie. Hopę gasimy znów mocno. Jest wesoło, pot leje się po plecach :). Dojeżdżamy do partii gdzie w pierwszej pętli zwiał nam opis. Czuję, że troszkę mi koncentracja szwankować zaczyna, no i 300 metrów dalej na oporze lecimy w rów - głośne łup i stoimy - cholera znów koło jak na świdnicki? Wsteczny, bez większego problemu wyjeżdżamy. 1ka i ogień. Auto jedzie ok, kierownica na środku, chyba nie trafiliśmy kołem. Tym razem znów pilnuję Agi z opisem. Końcówka oesu jest szersza i szybka. Wypadamy z szybkiej partii ślepych 1kowych i 2kowych zakrętów. Przed nami na bok zjeżdża Klimiuk. Kaczka wyskakuje i pokazuje kciukiem ok. Meta. Jedziemy na przegrupowanie. Dojeżdża Klimiuk - rozsypało im się sterowanie biegami i mają czwórkę. Nie ma Grześka Pendyka! Chłopaki z Cienkiego z tyłu mówią, że był na mecie, ale pilot oddawał kartę. Sprawdzamy auto, wiemy, że na superoesie padało, ale robi się sucho. Zastawiamy prawie łyse toyki, paliwa starczy. Nad Klimiukiem zrobiło nam się prawie 4 minuty przewagi, Pendyka nie ma. Polo też nie ma.
Przed startem rozmawiamy z Tomkiem Kamińskim ze Schnuga. Ustawiamy się na starcie. P5, 80, lewy nawrót, 80, P4 można wypuścić z rękawa i na lekkiej kontrze, niech kibice trochę radości mają :). Potem wysepka prawa, 250 H, prawy hak na ślimak, L4 b. długi ślimakiem w dół, dwa nawroty na których bardzo wolno, bo nie nadążam ukręcić bo szpera szarpie, 100 PN keap in 10 Phak ciasny, L4 b. długi, na górze P hak, można szerzej wyjść, wbijam dwójkę i jak coś nie pierdolnie. Praktycznie nie mamy napędu. Udaje się jakoś przejechać koło 1 km jeszcze i stajemy kawałek za połową oesu. Kurwa! Nie wiem jeszcze co padło. Albo sprzęgło się rozsypał, albo dyfer.

A taki piękny rajd był! Tylko ostatnia cieszynka może się z nim równać.
Klase A5 wygrało polo, które jednak dojechało, a ja zobaczyłem je dopiero jak przejeżdżało koło nas na superoesie. A myśmy wygrali 4 oesy i tylko jeden przegraliśmy o 2 sekundy, bo nam opis zwiał. I stoimy na superoesie.

To je rally - jak mówią czesi...

 
© Copyright 2010 Stolarek - koszule na miarę | All Rights Reserved - Polityka prywatności