Wreszcie wygrana i od razu podwójna – 19 Rajd Dolnośląski.
2009-10-12 20:08:54
Zacząć trzeba od tego, że rajd był długi, a nawet baaardzo długi, bo jak to jest, że rajd zaczyna się już we wtorek? W przyszłym roku to chyba ze dwa tygodnie będą te rajdy trwać...
Gdyby nie to, że do Kłodzka mam 40 km, to nie pojechalibyśmy tego rajdu, bo codzienne obowiązki w firmie nie pozwoliłyby na to. Dobra, dość narzekania, czas na relację z naszego całkiem udanego występu. Na Karkonoskim wszystko w aucie działało idealnie, prowadziliśmy od początku do prawie samego końca, a potem wszystko jebło. Na Dolnośląskim prawie wszystko stanęło na głowie. Łatwiej mi będzie opowiedzieć to w podziale na dni.

Po Karkonoskim okazało się, że rozwaliło się przełożenie główne. Po perturbacjach z (nie)dochodzeniem e-maili, wreszcie wszystko zostało sfinalizowane i doszło do mnie nowe przełożenie główne. 2 tygodnie przed rajdem wreszcie wziąłem się za naprawę tego co stało się na superoesie w Jeleniej (wcześniej pomału własnymi ręcyma zmienialiśmy wraz z Gugu oklejenie naszego auta). Czasu było dość dużo, więc przy okazji przeglądnąłem cały zawias, obejrzałem budę, sprawdziłem silnik, komorę, itp. Wszystkie drobiazgi, które znalazłem zdążyłem zrobić. Weekend przed rajdem to składanie i wkładanie skrzyni. Przy okazji założyłem nowe (dotarte w drugim cywilnym swifcie) przednie tarcze, wymieniłem wszystkie gumy w układzie hamulcowym, zalałem go nowym płynem, umyłem wszystkie szyby, powymieniałem szpilki w piastach, itd. Ogólnie autko zostało przygotowane na cacy. W poniedziałek wieczorem, po wyjściu z firmy jeszcze ostatnie drobiazgi, odpalenie auta i pierwsza przejażdżka. Przy okazji okazało się, że nie działa elektrownia (ostatni raz używana rok temu na Barbórce Cieszyńskiej). W międzyczasie Aga pojechała do Kłodzka odebrać dokumenty do zapoznania.
Wtorek: rano do pracy, bo dziś wysyłka. Jakoś tak w okolicach wpół do dziewiątej udało się wyrwać na zapoznanie. Na początek Dębowina. Niby fajny oes, ale po Karkonoskim jakiś niedosyt zostaje. Potem jedziemy na Stawy, po drodze jakiś dzwon na 8-ce, droga zamknięta, no to nawrotka i najpierw robimy Sokołówkę. Całkiem fajny oes. W większości to co rok temu tyle, że pod prąd i skrócone. Mimo wszystko Karkonoski był fajniejszy. Na koniec Stawy - no proszę Państwa! Cud, miód i orzeszki. Na tym oesie jest wszystko: szeroko, wąsko, wolno, szybko, pod górkę i w dół, i hopa, i zmienny rytm, i łącznik szutrowy, podoba mi się niesamowicie. Kończymy zapoznanie, w sumie szybko zrobiliśmy po 3 przejazdy i lecimy do Ziębic skończyć wysyłkę w firmie. Gdzieś w okolicach 21szej jesteśmy po pracy i idziemy do garażu. Aga sprawdza notatki, a ja majstruję przy elektrowni i oświetleniu tablicy, które okazało się działać w połowie. O północy wszystko jest gotowe i jedziemy do domu.
Środa: rano do pracy, potem urywamy się na zapoznanie. Zmęczenie daje znać o sobie i w drugim przejeździe każdego oesu mamy dużo poprawek. Trzeci jednak idzie całkiem ok, inna rzecz, że mam świadomość, że ten opis nie do końca jest taki jak bym chciał - biorę poprawkę na zmęczenie i wiele miejsc opisuję asekuracyjnie. Tutaj mała dygresja: sędziowie w biurze w poniedziałek i przez całe zapoznanie bardzo uprzejmi i grzeczni - nie to, żebym narzekał (wręcz przeciwnie), ale dość zaskakująca to sytuacja ;). Po zapoznaniu do pracy. Znów nie udaje się za szybko położyć.
W czwartek przyjeżdża bus z nową dostawą. Od rana szaleństwo. Koło południa muszę jechać na OAi BK. Aga zostaje w firmie. OA możliwe wcześniej, do tego szybko i sprawnie. Oklejam auto i okazuje się, że nie dostałem reklamy dodatkowej. Lecę do biura, tutaj znów wszystko w bardzo miłej atmosferze, jako, że już wszyscy się odebrali, nie ma już pań, ale panowie przepraszają, dają naklejki i po chwili jestem gotowy na BK. A tu kolejka i mega obsuwa. Zagaduję się z Ferdkiem i jego kierowcą Karolem... i po chwili lecę na PKC przed BK. Ufff... jeszcze 10 sekund i byłoby spóźnienie i Aga by mnie zamordowała. Wreszcie jakąś godzinę dziesięć później wpycham swifta na BK. Tutaj nowość - osobny stolik do prezentacji gratów - sprawdzają dokładnie każdy ciuch, spisują numery homologacji itp., przy okazji jeden z sędziów wypytuje mnie o swifta, bo sam jeździ taką maszynerią w kajtkach. Wreszcie wolne stanowisko. BK dość szybko, bo moje autko jest znane dość dobrze sędziemu, który jest na naszym stanowisku. Podpis i na plombowanie silnika... pan plombowniczy zaginął. No to waga i dalej czekam na plombę. Wreszcie znalazł się plombowniczy, tylko, że mój drucik mu nie pasuje. Daje mi z metr drutu i każe wyjechać na zewnątrz i przygotować drut pod plombę. Po zaplombowaniu słyszę jeszcze, żebym to co on wytworzył jakoś tam zawiązał, żeby się nigdzie nie wkręciło... Jest 15:30, nie ma szans, żebym zdążył po Agę, więc dzwonię, że musi dotrzeć jakoś o Kłodzka i jeszcze wziąć ze sobą elektrownię. Chwilę przed 17tą Aga jest razem z elektrownią i Przemkiem, który na co dzień sporo pomaga mi przy przygotowaniu auta. Zakładamy elektrownię i szybciutko do parku przedstartowego. W parku okazuje się, że ciągle nie świeci lewa górna lampa w elektrowni. Po starcie szybka diagnoza, pożyczka masy z sąsiedniej lampy i mamy już wszystkie światła w porządku. Przed startem do superoesu mamy dużo czasu, który schodzi nam na pogawędkach z innymi załogami.
Wreszcie ładujemy się do rajdówki. Szczerze mówiąc, wolałbym już iść spać, a nie walczyć o czas na ulicach Kłodzka. Grzejemy silnik i start. Na wyjściu z pierwszego L90 szczerzy na nas zęby rów, bo zimne opony nie bardzo chcą trzymać. Potem już bez emocji. Spokojnie i do mety. W porównaniu z ubiegłorocznym rajdem mamy trochę łatwiej, bo ręczny jest hydrauliczny i na wysepkach Aga pomaga mi się pomieścić między krawężnikami. Potem tylko dojazdówka do Parku Ferme w Dusznikach, piwo kupione w sklepie obok, przyjeżdża Przemek i zawozi nas do domu. Chwilę potem przyjeżdżają chłopaki z serwisu, ładujemy co trzeba na busa i lecimy spać.

Piątek: Rano nawet nie słyszałem, że chłopaki wstali i wyszli z domu. Pobudka koło 8mej. Ubieramy się od razu w bieliznę i kombinezony, kupujemy zapas wałówy na grila i jedziemy do Dusznik. Odpalamy rajdówkę i na serwis. Sprawdzenie auta, zrzucamy elektrownię, prognoza mówi, że nie będzie padać, więc z przodu zostawiamy wpół zużyte Toyo, a na tyle całkiem nowe Toyo pootwierane na bokach, żeby na wyjściach z zakrętów, gdzie mistrzostwa polski i ludzie z pucharu, którzy jadą przed nami naniosą syf, tył za bardzo nie latał. Tankujemy jeden kanister i jedziemy na pierwszy oes. Długaśna dojazdówka. Na wjeździe do Międzylesia zjeżdżamy na stację. Redbull, sprawdzenie ciśnienia, gadamy z załogami z naszej klasy. 5 minut do PKC-u. Ubieramy kaski, zapinamy pasy i jedziemy. Po drodze krótkie grzanie opon, za chwilę PKC i na start. Jeszcze tylko woda na rękawiczki. Kierownikiem oesu jest Marek Kisiel, który pokazuje, że trzyma za nas kciuki. Koncentracja, odliczanie i start. Jak to się fajnie napędza! Nie siedziałem w rajdówce ponad 2 miesiące i zapomniałem już jakie fajne autko zrobiliśmy. Zaczynamy wspinanie serpentynami. Nie leży mi ten oes. 1, 2, 3, hamowanie, 2, 3, 4 hamowanie, 1, 2, 3 itd. żadnych ekscytujących przeżyć tylko dbanie o późne hamowanie i szybkie wyjście. Dopiero od szczytu robi się wesoło. Bardzo szybka partia z hamowaniem ze 160 km/h do nawrotu. Potem zjazd do Różanki i genialnie szybka i podbijająca partia przez wioskę z takim jednym cięciem co my jedziemy prosto, a droga akurat ma zakręt i jedzie obok i ze świetną partią L1 do prawy lewy prostuj podbija do P1 jechaną prawie bez ruszenia kierownicą na dokręconej czwórce :). Potem spadanie w lesie i meta. Boguś Klimiuk wkłada nam 5 sekund. Dość dużo, ale wiem, że jechałem spokojnie, a poza tym ten oes mi się nie podoba (poza kilkoma wyjątkami :). Jedziemy na Spaloną. Tym razem w dół. Cieszę się na taką konfigurację, bo szczerze mówiąc spadanie przez las do Mostowic jechane rok temu we mgle, nie kojarzy mi się jakoś przyjemnie. Za to w tym roku las w drugą stronę jest świetny. Pod schroniskiem bardzo późno hamujemy, udaje się trafić prawie idealnie, Lopór5 i lecimy w dół. Znowu prawie same proste i nawroty, no jakoś mi w tym roku to nie leży. Ale tempo jest całkiem dobre, choć cały czas z dużą rezerwą i bez przegięć. Na mecie jesteśmy minimalnie za Klimiukiem, po oesie mamy 3 sekundy straty do niego i 7 przewagi nad trzecim Grześkiem Gasiem. Jedziemy na Młoty. Ten oes mi się podoba. Mało nawrotów, duża zapierniczania przez las i jakiś taki mroczny klimat starego lasu. No to ogień! Na serwis zjeżdżamy jako liderzy klasy, z przewagą 1,5 sekundy. Sprawdzamy auto, wszystko jest ok, dolewamy 10 litrów do baku i na drugą pętlę. Międzylesie jedziemy trochę szybciej, bo za dużo straciliśmy na pierwszym przejeździe. Poprawiamy się o jakieś 4 sekundy, ale Klimiuk też przyspiesza i po oesie to on jest 1,4 sekundy przed nami. Kolej na Spaloną. Zaraz po starcie coś mi się przełącza w głowie i jadę najgorszy i najtrudniejszy oes w moim życiu. Zero koncentracji, co zakręt jakiś błąd - ogólnie 10 km walki, żeby gdzieś nie palnąć. Mimo to kończymy na 3cim miejscu tracąc do Grześka Gasia, który wygrał oes tylko 2,6 sekundy, a do Bogusia Klimiuka 0,1 sekundy. Po drodze na ostatni oes w pętli widzę, że kierownica trochę się przestawiła, mimo, że unikałem cięć i dziur i w nic nie uderzyłem. Start w Młotach (w tym roku oes nazywa się Hotel Szarotka) i jedziemy przez ten fajowy las. Oes mi pasuje, więc spinam się trochę bardziej, koncentracja wraca i znów wracamy na pierwsze w klasie. Klimiuk jest 3,9 za nami, a kolejny Gaś traci już 22,5 sekundy. Pozostałe 3 załogi tracą do nas już ponad minutę. Niestety mimo, że i tym razem w nic nie walnąłem, kierownica przestawiła się w lewo o 45 stopni, a auto bardzo wolno reaguje na skręt. Po krótkiej analizie zachowania auta dochodzę do wniosku, że problem jest z prawym przodem. Dzwonimy do Kaktusa na serwis, żeby przygotowali wszystko do prawego przedniego zawiasu na zmianę. Wjeżdżamy na serwis. Auto do góry, koła w dół. Wszystko zdaje się działać jak należy. O co chodzi?! Nagle Kaktus krzyczy: Mam!. Wyrwało nam z budy przednie mocowanie wahacza. Koło lata jak chce. Wycofać się? Szukajcie spawarki! Jest z drugiej strony na serwisie Bolka Nykla. Zakładamy koła i szybo jadę do chłopaków. Znów auto do góry. Kaktus spawa. Janusz i Maciek sprawdzają resztę auta. Czas stanął w miejscu. Serwis ma 20 minut, robimy wszystko co trzeba przy aucie, spawamy budę, a przed PKCem jesteśmy z czterominutowym zapasem! Dolewamy jeszcze 10 litrów paliwa i jedziemy na ostatnią pętlę. Zaczynamy od Międzylesia. Przed startem zjeżdżamy jeszcze na bok, bo czasu dużo. Auto do góry, wchodzę pod spód i patrzę czy spaw na dojazdówce nie puścił. Zaczęły się emocje, trzeba uważać na auto... aż mi się cały oes spodobał. Na wszelki wypadek na spadaniu do mety mocno przyspieszam wszystkie hamowania i odpuszczam lewe zakręty gdzie na wyjściu jest jakieś drzewo czy mostek. Na mecie jednak czas identyczny jak w drugim przejeździe. Boguś tym razem jest szybszy od nas tylko o 1,6 sekundy, więc przed ostatnim oesem mamy 2,3 sekundy przewagi. Przed Spaloną wiem już, że spawy trzymają i trzeba po prostu skupić się i pojechać szybciej. Jako, że koncentracja jest znów z nami zasuwamy całkiem nieźle i na mecie mamy najlepszy czas. Cieszymy się jak dzieci. Zaraz za metą stoi Grzesiek Gaś. Zatrzymujemy się. Co jest? Grzesiek mówi, że się skrzynia rozsypała i że chyba będzie musiał mi odkupić przełożenie główne, które mu pożyczyłem na ten rajd. Nie myślę o przełożeniu tylko o tym co czują teraz chłopaki. Nie raz przeżyłem podobną sytuację. Dojazdówka do Kłodzka i na rampie słyszymy, że mamy 2 miejsce! HALO!? O co chodzi? Sprawdzaliśmy przecież czasy na tablicach na metach, a Marek Kaczmarek (pilot Bogusia Klimiuka) sprawdzał czasy co oes. Sprawdzamy w wynikach online i znajduję błąd. Na os8 Klimiuk ma spisaną końcówkę 34 sekundy zamiast 44. Dzwonimy do Andrzeja Szkuty i tłumaczymy problem. My w międzyczasie mamy serwis. Boguś Bożyk i Marcin Bełtowski wpuszczają nas na swój serwis i udostępniają sprzęt. Zrzucamy część zawiasu z przodu. Chłopaki poprawiają jeszcze spawy. Regulujemy na oko zbieżność, znajdujemy jeszcze co zaczęło pod koniec pętli walić w tylnym zawiasie (wystarczy dokręcić 2 śruby na obejmie poduszki wahacza). Niestety nie znajdujemy co jest przyczyną cichego pukania przy zmianie biegów, które usłyszałem na dojazdówce na serwis. Janusz wybija jeszcze szpilkę z lewego przedniego koło, która odmówiła współpracy. Jako, że nowych nie wzięliśmy na serwis, zostawiamy wprasowanie nowej na serwis poranny. Odstawiamy jeszcze auto do Parcu Ferme i jedziemy do biura rajdu wytłumaczyć nasze miejsce. Po godzinie wszystko jest odkręcone. Błąd powstał przy podawaniu wyników do biura rajdu. Odzyskujemy nasze pierwsze miejsce. No to czas spać. Zabieramy chłopaków z serwisu i jedziemy do domu.

W sobotę rano chłopaki jadą z nami do Dusznik, zostawiają nas pod Parkiem Ferme i jadą na serwis. My pakujemy się do rajdówki i chwilę potem też meldujemy się na strefie. Wbijamy do przedniej lewej piasty brakującą szpilkę. Prognoza mówi, że zaraz lunie. Zakładamy na przód pootwieranie Toyki (na tyle takie są już od czwartku) i jazda na oesy. Przed os Stawy mokro - będzie wesoło. Jednak okazuje się, że nie będzie. Protasov zrolował Subaru i trafił do szpitala na obserwację. Alternatywną dojazdówką jedziemy na Dębowinę. Tu już całkiem mokro. Jest bardzo zimno, próbuję dogrzać trochę oponę, ale za bardzo mi się to nie udaje, więc oes zaczynam bardzo spokojnie i zachowawczo, szczególnie, że pamiętam dobrze jak rok temu w podobnych warunkach skończyło się kozakowanie na pierwszym oesie (15 minut w rowie). W połowie oesu wiem już, że stuki przy zmianie przełożeń, które ujawniły się wieczorem to nie skrzynia - musiała się urwać któraś śruba z prawej przedniej poduszki silnika. Na mecie patrzę na wyniki i wypatrzam, że straciliśmy 12 sekund do Klimiuka. Jedziemy na Sokołówkę. Tutaj jest sucho. Po drodze zatrzymujemy się. Szukam co się stało. Wszystkie poduszki na miejscu. Śruby trzymają. Co jest grane? Nie widzę tylko mocowania łapy do bloku, bo zasłania je kolektor wydechowy. Wsadzam tam telefon i robię zdjęcie. Aha! Nie ma dwóch śrub i kawałka bloku! Łapa trzyma się na jednej śrubie, silnik leży na płycie i obraca się przy zmianie biegów na tej śrubie jak na zawiasie. Trudno, jakoś dojedziemy. Boguś ma założone deszcze, no to co? Odrabiamy? Jasne! Ognia, płyta jest mocna i dobrze przykręcona! :) Jedzie się bardzo fajnie. Opis robiony we wtorek pasuje o wiele bardziej i jest odważniejszy. Trudno tylko trafić w 3kę, bo silnik ze skrzynią, a z nimi lewarek latają na wszystkie strony. Na mecie jesteśmy jednak o 4,2 przed Klimiukiem i 6,2 przed Gasiem (okazało się, że rozwalił im się mechanizm różnicowy i przez noc Grzesiek poskładał skrzynię od nowa!). Jedziemy na serwis. Przed wjazdem na przegrupowanie tłumaczę chłopakom jak szybko ściągnąć zderzak i dobrać się do łapy. Udaje nam się przykręcić tę łapę na 2 śruby, bo po gwincie z trzeciej pozostała wielka dziura w bloku (dobrze, że nie sięga do środka silnika). Jedziemy na drugą pętlę. Jest długa, więc tankujemy się pod korek. Na początek drugi raz Dębowina. Leje jak z cebra. Chłopaki pozakładali deszcze. My dalej na pootwieranych Toyo - muszą wystarczyć i ch..! :) No to eja! Jedzie się bardzo super. Trzeba uważać w nielicznych miejscach, gdzie stoi woda lub jest jakiś ciek przez drogę. Poza tym opona szybko się dogrzała i daje radę. Inna rzecz, że staram się ciągle jechać z dużą rezerwą, bo trzeba być na mecie. W połowie oesu znów czuję, że luzują się śruby od łapy przy silniku. Przy przepompowni w Wojborzu P90 i straszna dzida. W pierwszym przejeździe jechaliśmy tam kilkaset metrów na odcięciu na 5ce (jakieś 165 km/h), a teraz nie mogę się napędzić. Wody jest tyle, że tylko szarpie autem po całej drodze, a że jest tutaj 3 metry szerokości drogi to inna rzecz :). No to jak się tylko dokręciłem (wreszcie) na tej piątce, zarządzam hamowanie... i leeeeeeeeeecimy! Mamy taki klin wody pod kołami, że nawet puszczenie hamulca nic nie poprawia. Przelatujemy na sankach przez szczyt, od którego hamowaliśmy przy pierwszym przejeździe (nota bene na opisie widzieliśmy 2 szczyty i mieliśmy opisane hamowanie od 2giego, a z rajdówki zrobił się jeszcze jeden między nimi, stąd za szybkie hamowanie w pierwszym przejeździe), przez ten od którego mieliśmy hamować i lecimy dalej zbytnio nie zwalniając. Droga schodzi trochę w dół od poboczy i robi się taki mały wąwozik, zaczynamy lecieć po jego lewej skarpie. Ja ciągle próbuję znaleźć jakiś kawałek przyczepności, a Aga zaczyna patrzeć na drzewa przed nami. W końcu gdzieś tam w głowie pojawia się myśl: Toydols, k..wa! Gaz!. No to redukcja, bo mimo wszystko coś tam zwolniliśmy, gaz, łapię przyczepność, dohamowuję się i grzecznie skręcamy przed drzewami, na dole lewy opór ciasny już bardzo grzecznie, po czym w intercomie nie wiadomo skąd słychać mój głos krzyczący "jestem zajebisty!" :). No to heja do mety! No i kto ma lepsze opony na deszcz, skoro wygraliśmy oes w klasie? Mamy już 12 sekund nad drugim w klasie, a do tej pory oprócz jednych dość długich sanek jest spokój. Jedziemy na Sokołówkę 2. Tutaj jest taki moment, że przechodzę na jakieś krótkie sprzężenie z Agą. Ja jej praktycznie nie słyszę w słuchawkach. Po prostu to co ona mówi ja wiem, z pominięciem myślenia. Mogę się skoncentrować tylko na jeździe. Na środku oesu jest szybka partia, gdzie jest bardzo dużo liści na drodze i bardzo ślisko (gdzieś po drodze z boku stoi rozwalony misiek Malińskiego) i tu odpuszczam bo mi się kółka ślizgają, a potem już ogień. Przed nawrotem pod koniec oesu krzyczę do Agi, żeby ciągnęła ręczny bo ja już nie mam siły kręcić tą kierownicą (szpera dalej sprawna, a wspomagania dalej brak :). Meta oesu. Klimiuk za nami. Silnik ma wolne obroty na poziomie 4 tys. obr. :/. Jedziemy na przegrupowanie. Dojeżdża Grzesiek Pendyk i mówi, że był szybszy - super, ja zapierniczałem już mocno, to co on robi?! Potem okazało się, że Grzesiek zrobił 18 czas w generalce, a my 0,7 sekundy za nim 19 czas - małymi autkami z A5 na w większości suchym oesie (Grzesiek na całkowicie seryjnym silniku)! No, a teraz Stawy - oes na który czekałem. Dojeżdżamy. Do PKCu kolejka, za pekacem jeszcze większa. Ale widać, że po kolei załogi ruszają na trasę. Nagle syrena, na oes jadą ratownicy i straż - znaczy dzwon. Oby załoga była cała. My już wiemy, że raczej będzie wolny przejazd, albo znów alternatywną dojazdówką na kolejny oes. Czekamy. Rozmawiam z Grześkiem Pendykiem. Sprawdzamy przez telefon, że ma 3 sekundy do drugiego, czyli Bogusia Klimiuka. Grzesiek - odrób te 3 sekundy - będę miał 1 punkt straty jak dowiozę 1sze! Po chwili jest decyzja, jedziemy alternatywną drogą na ostatni oes. Z jednej strony oes Stawy po zapoznaniu podobał mi się najbardziej i szkoda mi, że nie pojechaliśmy go na ostro, z drugiej wiem, że swift już ledwo zipie. Zostaje nam Dębowina3. Przed PKCem znów dużo czasu. Stajemy jakieś 2 km wcześniej. Za pomocą mcgywera przyklejam z powrotem pancerz od linki gazu, który się wyrwał ze ściany grodziowej, żeby obroty na luzie były niższe, no i żeby sama linka nie przecięła się o krawędź otworu. Za nami stoją bracia Gaś. W pewnym momencie patrzę, a spod koła ich swifta pomału płynie sobie kałuża oleju ze skrzyni. Wołam Marcina, Marcin budzi Grześka, który uciął sobie drzemkę po nocy spędzonej na składaniu skrzyni.
Chłopaki zaczynają coś mówić o poddaniu się. Pytam się Grześka: masz biegi? Wszystko działa? Ile czasu? 15 minut? Dawaj go do góry. Lewarek w ruch, chłopaki ściągają koło, cieknie spod uszczelniacza półosi. Według mnie mogą jechać, oleju powinno starczyć. Grzesiek się dziwi, że teraz uszczelniacz puścił, przecież półoś siedzi w skrzyni. Łapie za przegub wewnętrzny, a tu puk i półoś wskoczyła... heheh, awaria usunięta. Chłopaki wskakują w kaski i na PKC. Za chwilę my to samo. A tu auto nie jedzie. Przed samym pekacem maska w górę, sprawdzam kable. Cholera, chyba trochę wysunąłem przy tym klejeniu linki kabel z cewki. Podłączam. Odpalam, niby lepiej, ale coś nie tak. Maska znów w górę, kable do świec, wszystkie kable na kopułce. Maska w dół, nasza minuta, karta... auto przerywa gaśnie, czuję, że się zalewa strasznie. Jesteśmy w strefie, jakoś trzeba dojechać. Odliczanie, 30 sekund, gaśnie. Odpalam, 15, no wkręcaj się! 500 obrotów! Ratunku! 10, dawaj, dawaj, 5, wkręcił się, 6000 obrotów, start, podłoga, idzie! poniżej 5000 obrotów nie jedzie, gubi zapłony, mamy 15 sekund zapasu. Odpuszczam tam gdzie niebezpiecznie. Tam gdzie można cisnę. Staram się pilnować obrotów. Po wiekach meta. Mamy 8:48,2, Klimiuk 18,5... kurde... 9:18,5! Łał!!!!! Wpisują Pendyka. 8:32! o kurde, ale poszedł, szybkie przeliczenie - nie dogonił nas, a Klimiuka wyprzedził! Teraz jakoś dojechać do mety. Dojazdówka ciężka, najlepiej jedzie się kręcąc auto od 5tys. do 7tys. i ściągając nogę z gazu, aż spadnie do 5000 i od nowa. Przed PKCem znów jest czas. Maska do góry. A kuku! Wypiąłem kabel z mapsensora. Wpinam, odpalam, dupa! Klema z akumulatora. Po kilku minutach odpalam. Jest dobrze, buuu, nie jest. Jakoś wjeżdżamy na metę. Słyszymy: załogaStolarek/Moskal - drugie miejsce w klasie A5... JAKIE DRUGIE!?!? ZNOWU TO SAMO?! ups, ups, moment, wyniki spływają na bieżąco – słyszymy - drugie... a nie! pierwsze! Dostajemy puchary i teraz tylko dojechać na twierdzę do Parku Zamkniętego i żeby paliwa starczyło! Na 10 km oesu i drugie tyle dojazdówki poszło 20 litrów! Dojeżdżamy. W Parku odstawiamy auto, idziemy do wyjścia, dzwoni telefon: dostaliście puchary za RWD2! Patrzę wjeżdża Darek Nowicki, pytam gościa z drugiej strony słuchawki czy mogę jemu oddać puchary. Darek gratulacje! Oddaj to co masz i macie wasze puchary. Bierzemy od Darka puchary w klasyfikacji klubowej i godzinę później zamieniamy je w biurze rajdu na nasze za A5...

Potem tylko wyniki oficjalne, odebrać książeczki, wrócić do Kłodzka, podpinamy Swifta na hol i po 40 km patrzenia w dwie czerwone lampki jestem w domu, teraz tylko się wyspać.
Z ciężkim sercem odpuszczamy Lausitz Rally, trzeba zreanimować Swifta na Zamkowy. Mamy tylko jeden punkt straty do pierwszego w klasie! Dziś powaliła mnie grypa... leczę się grzańcem dzieląc się z wami moimi emocjami... ciągle nie mogę uwierzyć, dwa dni z rzędu byliśmy najszybsi mimo że 4 razy powinniśmy nie dojechać do mety :).
 
© Copyright 2010 Stolarek - koszule na miarę | All Rights Reserved - Polityka prywatności