2 Rajd Zamkowy – no i po ptokach :(
2009-10-27 20:44:19
Zdaje się, że pisanie po dolnośląskim skończyłem na tym że odpuszczamy Lausitz i szykujemy się na Zamkowy.
No to szykowanie wyglądało tak:
we wtorek swift trafił do kumpla do warsztatu. Oprócz rajdówki trafił tam też drugi cywilny swift, ot tak na wszelki wypadek jakby trzeba coś pomierzyć. We wtorek Tomek myślał. W środę od rana siedziałem u Tomka i wyciągałem skrzynię, silnik i cały przedni zawias. Po południu Tomek wyciął mocowanie prawego przedniego wahacza. Okazało się, że trzymało się tylko na blasze, którą naspawaliśmy jakoś w trakcie sezonu. W środku był już tylko jakiś dziwny proszek koloru rudego ;) Wieczorem Tomek wymyślił. Wytworzył profile zamknięte 60x60 mm, z nowymi tulejami pod śruby w środku. Tuleje wspawał w budę przyspawując je do ściany grodziowej, podłużnicy i cholera wie gdzie jeszcze. Na to poszła blacha od dołu, na koniec kolejna od góry wzmocniła całość. Według mnie zrobił czołg :). Całość zalaliśmy bez litości woskiem, a potem Tomek prysnął to pięknie na biało. No i zrobił się piątek po południu. Przyjechały Kaktusy i wzięli się za dalsze rozbieranie auta, przeglądanie i mycie zawieszenia itp. W sobotę z Kaktusem wziąłem się za składanie silnika (we wtorek wysłałem do Niepołomic blok, który jakoś tak zalegał od dawna w garażu, w czwartek pojechałem go odebrać po osiowaniu, tulejowaniu i honowaniu - oryginalny blok z mojego silnika miał trzy taaakie dziury po śrubach i nadaje się teraz na eksponat). Po myciu wszystkiego poskładaliśmy dół. W międzyczasie Maciek i Janusz poskładali resztę swifta do kupy i pojechali do domu. Koło północy odwiozłem jeszcze Kaktusa - po drodze, już w Opolu mieliśmy kontrolę - straż graniczna i policja pytały czy nie zażywaliśmy środków odurzających - już miałem powiedzieć, że cały dzień wdychaliśmy wysokooktanową benzynę i braklena, ale ugryzłem się w język, dzięki temu zaraz pojechaliśmy dalej.
W niedzielę poskładałem silnik do końca. W poniedziałek wysyłka w firmie. We wtorek wziąłem się za wkładanie motoru do auta. Skończyłem o 1:30. W środę pobudka o 4tej. Do firmy i szaleństwo bo bus wrócił z Niemiec. Koło 11tej 2 godziny spania, jeszcze trochę popracować i o 14tej jestem w garażu. Poskładałem wszystko do końca. Próbuję odpalić, a tu nie chce gadać. No to na hol i szybko na zbieżność. W międzyczasie telefony, telefony. Wreszcie okazuje się, że mapa którą wgraliśmy nie ma zapłonów. Nowa mapa i zapalił. Zagrzałem ,przejechałem 15 km i spać, bo już prawie północ. Rano pobudka o 5tej, pakujemy się i jedziemy na zapoznanie. W biurze fajny klimat. Z zapoznania niewiele pamiętam, ale wiem, że opis jest dość pewny. Dość odważnie mamy poopisywane hamowania do oporów po dużych dzidach, jak będzie mokro trzeba będzie uważać. Ogólnie trasa mi się podoba, jest bardzo zmienny rytm, ślisko, wiele szczytów, sporo podchwytliwych miejsc, a poza tym szybko i ciekawie. Wieczorem jedziemy do Roberta Kucharczyka, u którego śpimy. Czuję, że ciągle coś mnie łamie, więc zamiast piwem jak wszyscy raczę się grzańcem i spaaaaać. Rano już o 7mej dzwoni telefon. Kaktusy są już z rajdówką. Pakujemy się, pijemy herbatę, potem my na OA, a chłopaki na BK. W biurze znów fajny klimat, można się szybciej odebrać. Ja jak zwykle gadam z każdym kto stanie obok, potem znów nie będę pamiętał skąd kogo znam i kto jest kto :). Jedziemy na BK, Kaktus ciągle walczy z mapami, bo auto do 2 tys. strasznie się zalewa, a potem aż do 4 stuka, dopiero wyżej jest lepiej.
W końcu pchamy swifta 200 m na BK. Tutaj dość szybko załatwiamy sprawę, fura na lawetę i do Roberta. Po dojechaniu walczymy z Kaktusem z tą cholerną elektronika. Nie jesteśmy pewni mapsensora. Jedziemy do hurtowni po nowy. Zakładamy. Jest trochę lepiej, ale ciągle coś nie halo. Jedziemy na start honorowy (czemu to nie może być rano przed wjazdem na serwis, albo po drodze z serwisu na pierwszy oes?). Auto jednak nie jedzie jak powinno. Zapadła decyzja, że ściągamy Kubę. Maciek wsiada w Zetora i jedzie po niego do Krakowa. My omawiamy plan na jutro, Aga poprawia notatki i spać (usypiając słyszę odpalanego swifta, chyba jest już Kuba...). O 6tej pobudka. Chłopaki też wstają. Witam się z Kubą. Zrobił całkiem nową mapę, mówi, że o wiele więcej paliwa musiał dać, więc motor się doszczelnił i jest sporo mocniejszy, a przede wszystkim super jedzie. Czyli co? Wszystko jest super? Udało się! :)

Chłopaki zbierają się na serwis, a my jedziemy tam rajdówką. Hmmm.. świetnie jedzie. Po drodze już w Zawierciu mijamy Maćka, który zagubił się w mieście... busem. Za chwilę Maciek jedzie za nami. Wjeżdżamy na serwis, chłopaki rozkładają graty, sprawdzamy ciśnienie, zostawiamy docięte toyo z dolnośląskiego, na zapas niedocięte, jeszcze zamontować zapas trytek, Aga miesza isostara, obok jest catering, więc załatwiam gorącą herbatkę. Pomału się szykujemy.
Wreszcie PKC i króciutka dojazdówka. Dogrzewamy oponę. Jest sucho. Koncentracja, odliczanie, start. Początek odcinka, szybkie łuki, gaz w podłodze non stop. Wrzucam piątkę, jeszcze nawet nie dotknąłem hamulca... nynynyny, lecimy ze 100 metrów na odcięciu. Wczesne hamowanie w prawym łuku, dohamowanie, lewy opór, 20 metrów wyrypu i prawy nawrót bardzo ciasny. Aga ciągnie łapę, ale za słabo. Wjeżdżamy na skarpę, ale wyrabiamy się przed płotem i nie trzeba cofać. No to rura. Jadę dość spokojnie, może nawet za bardzo, bo co chwilę słyszę w słuchawkach, żebym przestał się wozić. Oes sobie mija. Znowu jakaś szeroka partia, znowu odcięta piątka, tym razem dłużej. Hamowanie do szykany, trochę za szybkie. Jedziemy dalej, Gugu znów ponagla. No dobra. Za jakiś czas kolejna szykana, hamowanie idealnie w punkt, mimo, że znów z odcięcia na piątce (znów dłuższego niż poprzednie). Robi się coraz fajniej, jednak ogólnie jadę bez przegięć - taki był plan, pierwszy oes spokojnie, a potem z zależności od potrzeb dalej jedziemy swoje lub przyspieszamy. Pod koniec oesu jedziemy na odcięciu ponad pół kilometra. Patrzymy na siebie, wzruszamy ramionami i dalej nynynynyny... Za szczytem spadanie. W słuchawkach: hamowanie od znaku - zostało jeszcze sporo, 50 metrów przed znakiem Aga powtarza: hamowanie od znaku, ja na to: spokojnie... hamuję przed samym znakiem, znów w punkt, choć przejście przez szczyt na oporze takie, że czuję, że swift ma ochotę oderwać lewe koła i się położyć... hmmm... to chyba dobrze, że tak na krawędzi a mimo to pod kontrolą. Krótkie spadanie, hamowanie prawy hak, potem lewy 5, krótka P->L lepiej nie ciąć.. patrzę na ślady i.. tnę, ale bardziej ten lewy, bo pamiętam z zapoznania krawężnik na prawym. Potem już tylko do mety. Za lotną Aga opieprza mnie, że jechałem bardzo nierówno, a to się wiozłem, a to zaczynałem coś jechać, potem znów się wiozłem i tak cały oes. Wpisują czas. 3,4 sekundy do Klimiuka. Ok, trzeba trochę przyspieszyć.
Do kolejnego pkcu 50 minut. Bujamy się powolutku dojazdówką. Przed oesem kupa czasu na pogaduchy. Ładujemy się do auta, grzejemy opony i na start. Znów odliczanie i dzida. Znów długa partia bez odjęcia. Hamowanie za szczytem i ostroga pod kościołem, na wyjściu ładniutki slajd i eja dalej. Znowu szybka partia, szybsze hamowanie do P3- przed mostkiem, bo tam ślisko, całkiem zgrabnie przez mostek i potem L->P i znów dzida, na końcu hamowanie po P5 w lesie (w drugiej pętli poleciał tam Kapłan), za chwilę kolejny podobny zakręt, potem wypadamy w otwarty teren, szybkie trójkowe zakręty po łąkach, fajne wyjście z małego lasku, na którym trochę nas stawia, ale że ćwiczę trzymanie gazu nawet we śnie, jakoś tak bez emocji wychodzimy z tego, hamowanie do P oporu, a tu nie chce wejść dwa. Ku..a! No to jedziemy od trójki i tak do końca oesu. Pamiętam tylko jakąś postać w niebieskiej kurtce intensywnie machającą pod lasem pod koniec oesu i jakiś dość długi bok na małej prędkości na 3ce kilkaset metrów dalej. Byle jakoś do mety. Staram się mocniej cisnąć na szybkich partiach, ale na oporach i nawrotach tracimy strasznie dużo czasu. Na mecie tylko 6 sekund do Klimiuka... hmmm.. nieźle.
Konsultacja z Kaktusem i jedziemy na os3. Ze skrzyni dochodzą jakieś stuki i puki. Trudno, może wytrzyma. Przed pkcem Boguś Bożyk pyta czy nas nie wepchnąć zderzakiem na pkc, bo pod górę. Na szczęście sami dajemy radę. Ruszamy z trójki. Początek to same prawie opory, co się jako tako wkręcimy, to trzeba hamować, dopiero potem zaczyna się szybciej, no to gaz w podłogę i idziemy. Po drodze taaaakie podbicia. Piątka się prawie kończy, latamy po drodze, Aga mówi, że za szybko, ja mówię, że ok i lecimy dalej, lekkie hamowanie, 4ka, dokręcamy, piątka... nie ma piątki. Zjeżdżamy w pole. Koniec. Pokazaliśmy wszystkim okejkę (że niby u nas wszystko w porządku), potem przyjechał numer 303, oddaliśmy kartę, przez radio dostaliśmy opiernicz z ckru, że nie spełniliśmy obowiązku i nie zadzwoniliśmy do biura, że się wycofujemy. Za chwilę zjawił się kumpel, co to był na oglądarze na tym oesie, zholował nas do pierwszej dróżki, za czas jakiś przybyła ekipa, swift na lawetę, a my na oglądarę.

Powiem tak, mam nadzieję, że nie jeżdżę tak tragicznie jak 50-60% stawki, jeśli tak, to przerzucam się na szachy czy coś innego. Chłopaki pojechali od razu z lawetą do domu. Wracamy do domu w poniedziałek rano. Swift stoi pod firmą. Na dworze. Za karę. Może jutro go wsadzę do garażu. Miałem wyciągać skrzynię w poniedziałek, a tu odwołali cieszynkę... kogoś z chęcią bym zastrzelił. Wychodzi na to, że jakbyśmy dojechali Karkonoski, albo dojechali i wygrali zamkowy byłoby pierwsze. A tak... sklasyfikowane będzie 6 załóg... żeby mieć tytuł za 2 miejsce trzeba 7miu. Takie ściganie z chłopakami było w ciągu sezonu, a tu nawet garnka nie będzie.
I tym optymistycznym akcentem kończę. Dobranoc. Następny odcinek już niedługo... za 6-7 miesięcy :(.
 
© Copyright 2010 Stolarek - koszule na miarę | All Rights Reserved - Polityka prywatności